+
Kategorie: Wszystkie | Z ręką na pulsie
RSS
niedziela, 22 stycznia 2012
Czas przepierdala się przez meandry niewiedzy i część wydarzeń złych próbuje zburzyć i wetknąć pamięć w wyuzdane symulakry. Odkąd przybyłem do Panków, wydarzyły się takie rzeczy jak - ojciec Tada którego znałem przed laty jako Staszka dzisiaj, albo lepiej owego dnia miał na imię Tad senior. Żona jego Bożena, o rozstawie bioder concorda, wyraźnie dryfowała ku mnie, chociaż trudno byłoby mnie nazwać skałą. Siorka Tade o nieustalonym imieniu, miała mnie za totalną przeszkodę do ekspresji silikonowego świata zaczerpniętego z oglądania polskich telenoweli. Tade, efekt marzeń o kieleckim półświatku, ze zniszczoną psychiką przez Kaza wyłudzał kredyty posługując się własną babcią, ta zaś o instynktach krypto -łowczych chciała przedzierzgnąć się w kapitana Ahaba i w wannie zapolować na wielką rybę, znaczy ssaka. Ja zaś, obserwator, o potencjalnie wielokrotnie rozerwanym odbycie przez zdegenerowanych kieleckich masonów i biznesmenów - w moim słowniku obie te grupy zlewaja się w jedną chuj-bandę, stałem na brzegu szaleństwa wpatrując się w wyginającą się jak prącie Petera Northa na wietrze, rzeczywistość. Zniosło mnie pierwszy raz, kiedy babcia sterroryzowała mnie noże i wepchęła do łazienki. Głową, milcząco nakazała mi zrzucić ubranie, co w instynkcie samozachowawczym zrobiłem w mgnieniu oka i od siebie dodałem to, ze kornie pochyłiłem się wypinając do babci dupę. Babcia położyła mi kostuszą rękę do tyłku, pogładziła ją najpierw po czym zdecydowanie wepchęła mnie do wanny w której rozpadały się płaty pangi. Wrzuciła za mną nóż trzymany w zębach i głosem nie znoszącym sprzeciwu powiedziała "zabij!!" Naciągnęła kaptur dresu na głowę i założyła ręce na piersiach do czego wystarczyło splecienie dłoni na wysokości jej pępka. Jak w Brooklinie - pomyślałem i ku jej uciesze rzuciłem się z nożem na filety. Kotłowałem się w wannie zawzięcie, korzystając z niepowtarzalnej okazji, że wreszcie mam kontakt z taką ilością wody, strąciłem stopą butelkę z szamponem do wody. Wywiązała się brutalna walka, którą komentowałem dla babci na zywo.
- o kurwa, atakuje mnie ten zakurwisty potwór, alała aaaa
znikałem pod lustrem wody nacierając się pianą i rozkładając na czynniki pierwsze pangę. Od czasu do czasu zerkałem znad wanny co robi babcia. Robiła wściekłe miny i spomiędzy sztucznych zębów pojawiała się jej piana.
-zaaaaabij - warczała i dorzucała mi kolejne pomoce.
pumeks
szczotkę do pięt
gąbkę
pastę do zębów

zdbębiałem kiedy zaczęła szarpać sie z suszarką do włosów, chcąc ją włączyć do prądu. szybko więc przelazłem przez obręcz wanny i dyskretnie naciąłem sobie nożem miejsce pod sutkiem. Wyprostowałem się wolno, by zrobić dramaturgię. Rzuciłem zmięty i rozmemłany kawałek panki na kafelki. Krople wody i krwi spływały po nieco rozdętym, acz czystym moim ciele. Szykowałem sie do jakiejś dramatycznej mowy kiedy do  łazienki weszła siorka.
- Maaamaaaaaaa - zawyła, bezdomny gwałci babcie!!!
Jak na zawołanie w szczelinie drzwi pojawiła się głowa Bożeny, potem pod nią głowa Tade, a z tyłu starego Tadeusza.
Tade zaczął rechotać... siorka zasłoniła sobie oczy, Bożenie po ustach pełgał zdemoralizowany uśmieszek. Ja zaś kciukiem zasłoniłem małego.
Odezwał się Tad senior
- Będziem dzisiej źreć?

10:57, konradwolek
Link Dodaj komentarz »
sobota, 14 stycznia 2012
Jezu. No nie wiem. Stoję więc dalej.
Jakeśmy wychodzili z kerufuru, bo zem w końcu na polecenie Pankowej kupil rybę, u drzwi czekal Tadek z babcią. Zaaadowolony jak nie-wiadomo-co. Babcia była rozedrgana, ręce się jej telepotały i ciągała Tadka za rękę i dopytywała
- a jak przydom? a jak przydom?
-nie przyjdą babcia, git będzie git.
-ale jezusie słodki, na co mi to
-tobie na nic, ale mnie potrzebne. Zresztą jednego wnuka masz
-wnuczke mam też
-eee
Pankowa zrobiła wielkie oczy i warknęła
- znowuś pożyczkę na babcie wziął?
Tadek zmrużył oczy i zrobił niewinną minę, co to mówi "oj tam oj tam, wielkie rzeczy". Do mnie zrobił oko, znaczy, że być może kupi mi piwo i niewykluczone, że szprotki w rollpacku, jak w wallmarcie. Nie że byłem ale widziałem w reklamie. Myślę se czasem ze polubiłbym wallmart, jak tesco kruca. Duzo tanio Wallmart. 
Jak Tade wsadzał babkę do samochodu, Pankowa do mnie się przysunęła nieco, znaczy twarz w sumie była daleko, ale cycami do mnie przylgła i poczułem je przez jej płaszcz.
-mów mi Bożena Kondi - powiedziała niskim głosem
skuliłem się w sobie, bo nie jestem aż taki głupi, żeby nie wiedzieć, że znów się to dzieje, skoki w inne światy.
-Nie powiem poki się nie schlapię na twoje twarde... właściwie co u ciebie twardego?
-dowiesz sie oj dowiesz
Przełknąłem ślinę, i kolanem zdzieliłem w karoserię. Kurwa to był jednak właściwy świat
-Bożena?
-No? - odpowiedziała Pankowa
Sięgnąłem ręką i poklepałem ją po dupie. Zza pleców doszedł mnie oburzony głos
- mama, ten bezdomny cię dotyka! Siorka Tade przecięła między nas z pakami zakupów i mało dyskretnie nadepnęła mi na trampka. Dziwka.
Pod blokiem wszyscy wysiedli i poszli se doma. Mnie zostało wniesienie zakupów. Jak zaniosłem pierwszą partę, w mieszkaniu powitał mnie mrukliwy mężczyzna, który patrząc ponuro przez moment, w końcu zdecydował się wyciągnąć rękę i rzucił
-Tadek
-Tadek? zapytałem
-Tadek
-a się porobiło, nawet nie wiedziałem, że ma pan takie samo imię jak... Tadek
-no, junior.
Tadek senior nie powiedział nic wiecej i pokazał mi palcem kuchnię. Babcia z reklamówki wyciągnęła czym prędzej filety z pangi i pobiegła z nimi do lazienki. Wychodząc słyszałem jak napuszcza wody do wanny. 
04:34, konradwolek
Link Dodaj komentarz »
środa, 11 stycznia 2012
Jechalim w milczeniu, ja w swoich trzech tiszertach na grzbiecie, plus trampki wygladalem inspirujaco. Tadkowi burczało w brzuchu, babcia patrzyła z przestrachem na świat, jakby pierwszy raz w tym roku wydobyto ją z mieszkania, by przy kasie przykozaczyła emeryturą. Matka Tadka, widać już była u fryzjera przed świętami i odstrzeliła się po polsku. Siorka Tadka, miała tadkową mordę, z tą różnicą, że na czaszcze miała włosy, Tade ich nie ma. Więc jechalim po rybkę do kerfura, kiedy zadzwonił fon siorki. Babcia się wzdrygnęła, Tade beknął, a matka wydęła usta, ja zacisnąłem palce na kierownicy.
- Grześ? czesc Grześ - wyszczebiotała młoda - a nic, do sklepu jedziem, sukienkee se kupeee,..co? e nie, nie przychodź,.. aham, a bo tak wyszło.. yhm, ja ciebie też,... no ale co ty... nie.. bezdomnego Tadek wziął... aham, no na wigilię... normalnie... jeszcze nie, ale pewnie aha.. no, siedzi tu... prowadzi... no słowo.
W końcu rozłączyła się i wróciła do patrzenia przez okno. Popatrzyłem na swoje palce, pobielały od zaciskania na kółku, miałem wrażenie, że przysiadłem sobie mosznę z nerwów. Poruszyłem dupą, Tadek chrząknął, babcia pierdła, matka ziewnęła, siorka nie drgnęła. 
Wysiedlim przy kerfurze. Tade powlókł się do wózek i przytroczył do niego babcię, siorka udawała, że nie przyjechała z nami i wystrzeliła sama do sklepu. Matka stała przy samochodzie kiedy zamykałem drzwi i oddawałem jej kluczyki. Złapałem ją za rękaw płaszcza, przyciągnąłem do siebie i wyszeptałem do ucha.
- po co nam oni, ty masz swoje lata, ja mam swoje pragnienia, ty nie jesteś ładna, ja nie jestem geniuszem. Przypominasz mi Stacie Starr, urządzmy sobie dionizje tu i teraz, pani Panek, raz się żyje, a niewiele przed nami.
Wciągnąłem w nozdrza zapach jej pospolitych perfum i mytego raz na tydzień ciała.
- Konrad, Konrad, Konrad, KONRAD - doszedł do mnie natarczywy głos
- no?
- chciałeś coś powiedzieć?
Zmieszałem się. Zioło wciąż działa?
- a nie, w sumie nic, pomóc pani w zakupach może?
- no pewno, że tak, za darmo jeść, jak to mówią nie dają.
Pusciłem jej rękaw, poszła przodem, wiosłując wielkimi biodrami jak karawela, o potężnej nadbudówce. Jest coś w brzydkich ludziach ponętnego.

Matka Tadego kazała mi wrzucić 2 zł w koszyk na kółkach i pchnęła mnie ku bramce. Minąłem ochroniarza, jak zawsze - w jakimkolwiek sklepie bym nie był - zmierzył mnie zimnym wzrokiem w rodzaju "wiem że jesteś ścierwem". Nieprawda. Nigdy nic nie ukradłem. Boję się. Raz ukradłem bułkę. Złapali mnie i kazali płacić 50 zł. Nie dałem. Dałem 10 i wypuścili mnie na kopniakach. "Mam zamiar coś ukraść!" szczeknąłem w stronę ubranego w mundurek chujka. "Jasne, jasne" - odburknął i odwrócił się w stronę obsługi klienta.

Pankowa szybko i sprawnie wrzucała do koszyka kolejne wiktuały - jak rozumiem, na wigilijny stół i następujące po nim dwa dni "świąt", których przecież nikt nie celebruje. Zadziwiające jak wiele zbędnych przedmiotów i przedziwnego żarła wrzucała do koszyka stara Pankowa, a okoliczni kupujący wcale nie byli jej dłużni. Stado skurwysynów pchało koszyki z telewizorami plazmowymi, kinami domowymi, w końcu w święta będzie w telewizji grane dobre kino, świetny więc to pretekst do zakupu... Sie wie, Kevin Sam W Domu i trylogia Samych Swoich ma swoje wymagania sprzętowe.

- Stań tu, w kolejce po karpia - usłyszałem rozkaz z prawej. Pchnąłem posłusznie wózek. Ciężko. Tylko dwa dni wolnego, a Polak w przeddzien każdego 2-3 dniowego święta zachowuje się w markecie jak oszalały z głodu kundel.
Stanąłem w ogonku za babą w berecie i zacząłem kombinować, jak wymigać się od pankowej wigilii. Niby zjadłbym, ale nie za cenę tego wszystkiego. Ta młoda larwa będzie pisać całą kolację smsy do swego pazia, że bezdomny nie umie jeść widelcem, Tadek pewnie zacznie opowiadać o tym, jak byłby dziś większy od Eminema, jakby nie przestał rapować w 2006. Wszyscy złożą sobie, w tym może i mnie, obłudne życzenia i dadzą sobie, raczej nie mnie, jakieś żenujące prezenty typu dezodorant, pianka do golenia, flaszka wódki i kolczyki. Nieee, wolę do fiata. Przywykłem już do tego. Poza tym kerfur to nie tesco, nie ma tu tego poczucia przynależności.
Przypomniałem sobie, jak baby w sklepach otwierają nagminnie słoiki, liżą majonez, wąchają margarynę, pogryzają ogórki. Otworzyłem więc z koszyka Pankowej słoik śledzi i zeżarłem płat. Zagryzłem korniszonem. Zakręcilem słoiki i z worka wyłuskałem kawałek kiełbasy. Ugryzłem i to, starałem się by zębami czynić niemal chirurgiczne cięcia, żeby nie zostawiać śladów, ale nawet taki tępy chuj jak mój czytelnik wie, że marny ze mnie chirurg. Dalej pieczarki. Marynowane. Zrobie jutro kupę pachnącą octem. Czy Pankowie nie mogliby kupić czegoś świeżego. Puszka z groszkiem. Nie otworzę. Filety z pangi. Polizałem. Bez smaku. Rzuciłem w koszyk. Gówno. Pre-Wigilia nie wypali.
Ugryzłem znowu kiełbasę i zacząłem fantazjować o Helly Mae, czy jakoś tak. Suka ma wszystko co chcę pod choinkę. Sztuczne cyce, mięsiste uda i kurwi ryj ozdobiony szopą włosów jakie widuje się tylko na perukach. Podoba mi się. Jestem pewien, że nie myśli, więc nie pogadałbym sobie z nią o Bukowskim, ale generalnie kobiety podzielić można przecież i tak na kilka prostych kategorii. Jedna z takich kategorii to Helly Mae, która będąc (zakładam) tępa jak chuj retarda jest w stanie uczynić, że zapomnę o Bukowskim, kiedy bić się będzie mą własną pytą o jej kalifornijskie zęby.
- Dlatego uważam - powiedziałem bezwiednie na głos, tłukąc się po twarzy trzymaną w ręku suchą krakowską - Że mężczyzna dojrzewa po to, żeby zrozumieć, że nawet jak porzuci mizoginistyczny pęd ku kamszotom wymierzonym w oko, niewiele zyska. Trzeba być skurwiałym ciotem, żeby myśleć, że baba cię zrozumie. Baba ma gotować. Ty masz zarabiać. Nie ty, babo w berecie. Nie ja też, bo nie umiem. ALe generalnie, prawda? A taka Helly Mae - kontynuowałem monolog, uderzając się co chwila kiełbasą w policzki - stanowi postument estetyki. W chwilach kiedy nie tłucze się mym penem o czoło, siedzi na kanapie i pewnie czyta Cosmo, i wygląda przy tym tak, że człowiek chce podejść i tłuc chujem o czoło, a jeśli nie ma akurat paru w pytążku, może kombinować, jak sprzedać te sunię, żeby się nie marnowała. I pimp Helly Mae pewnie tak robi. A jakbym miał w domu bladź która o Bukowskim wie, książki czyta, w ogóle, napierdala cytatami i po łacinie? Dokładnie, prosze pani w berecie, taka oto bladź miałaby pewnie tuszę równą liczbie IQ, i byłaby naprawdę nieznośna, jak każda zakompleksiona kurew. I nie chodzi mi tu, prosze pani w berecie, że Helly Mae czeka teraz u mnie w domu z obiadem, bo po pierwsze, nie mam domu, po drugie Helly nie umie gotować nic poza parówą z wody, po trzecie, nigdy jej nie poznam przecież, choć znam ją od wczoraj na wylot, bo bardzo uważnie oglądałem jak uczciwie i po staremu ssie prąć - bez chary, ale za to z furią. Stare suki mają styl.

Beret przede mną odwrócił się nagle i spojrzał na mnie. Obliznął się i zagulgał sztuczną szczęką, aż byłem gotowy przyjąć wyzwanie - seks ze staruszką jako zwieńczenie mej drogi męczennika.

- Po karpia proszę pana - rzekł GILF - Ale już się kończą.
- Wesołych świąt - odparłem
- 20 zł za kilo - odwrócił się na powrót beret.
14:34, konradwolek
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 10 stycznia 2012
no i wzruszylem sie, pamietam to ja dziś, bo dziś wszystko jest jakby po staremu. Znaczy, dochodzi do mnie taka myśl, że jesteście, albo może jesteśmy jednak tylko psami. potrzebujemy rytualów, jak powietrza. jak nie kościół, to imperatyw imrezy sylwestrowej. po prostu nie umiecie inaczej. bo co by ludzie powiedzieli. jak się nawet od tego zdystansuje to i tak wyjdzie na to, że tworze własny rytual. i chuj zwiędly. No i tak wspominam Tadka, którego serce ruszyło, że wziął mnie do siebie na jedzenie. Zaprosił znaczy, bo przecież rytual nie każe, w sumie, ludzie raczej nie chcą u siebie obcych. A ja jestem obcy. Pomyslałem o tym zawczasu, i kiszki mi skręciło bo zdałem sobie sprawę co mnie tutaj w biurze spotyka, o ile to kurwa prawda, bo nie ufam nikomu za chuja. zacząłem se pyrac w fejsie i zobaczyłem, że mój stary ma profil. No pies mnie ruchał straponem, pomyślałem cytatem, bo jakby matka zaczęła pracować w hamburgu jako super gilf to bym się nie zdzwił, ale stary na fejsie to już przesada. więc chcąc nie chcąc dostałem takiej podnietki i piszę mu
- tatko, jak dobrze, że cię znalazłem
nie odzwywał się z pół godziny, aż w końcu odpowiedział
-chę?
może mu się ręką omskła, i chciał napisać, ho ho ho, albo coś tam..
- tatko - piszę - to ja, syn twój jedyny, jest wigilia, weź mnie, daj kapusty, pliz.
-hę?
skrócił pisownię
-tatko! Konrad pisze tutaj, ja znaczy.
i cisza
-tatko, zaproś mnie proszę, daj mi swojego ajpada, bo ja rozumiesz książki piszę, a mamusia to zdrowa jest?
-suchej mnie ty pedalio, nie zna-m się, cie, odejdź, przeszkadzasz
-tata!
zniknął z czata.
Bycie ojcem to jednak żadna filozofia. też bym umiał. Poszedłem po wodę mineralną by se umyć pachy. Konrad też człowiek, i zje coś na wigilię, a nie tylko szproty z puszki.
Ale serce bolało. Ten niepismienny kuternoga ma ajpada, a ja prawie nic. No gdzie sprawiedliwosc? to ma byc rodzic? Zrobie ci ja dionizyjskie odrodzenie - mruknąłem pod nosem trąc włochate pachy. Pomyślałem że przetarcie paszek i krocza będzie miało kluczowe znaczenie. Pachy bo nie będzie jebało, krocze.. ano Pankowa, kobita przy latach, matka kolegi, ale człowiek, może ...ach, nie odmówie jakby co. Rytual jaki mam od lat, żeby być odwrotnością Eugieniusza Wołka. Chociażby w ubieraniu. Gienek zawsze jak się ma ubrać zakłada najpierw beret. taki z antentą i owiewką. Potem wciąga wajfbitera, potem - o ile to ważne wyjście jak kościół albo lekarz - koszule, do której przytracza krawat na gumce, wtedy wciąga ma dupe majty, gacie - o ile jest juz po 23 października, portki, skarpety i buty. az dziw, że wcześniej nie wciąga plaszcza, ale pewnie nie zawiązałby se butów. Od dziecka bylem zżyty więc z widokiem jajec ojca. Wiszących jak odważniki zegara z kukułką. Jako mały pędrak nawet mnie bawiły, takie zmurszałe dwa orzechy, i stary dawał mi się nimi pobawić. Wiem jak to dzisiaj brzmi, ale skąd miałem wtedy wiedzieć. No skąd pytam się. Tak czy inaczej, jak swoje jajca trenuje. Jak mi sie wyciągnął do ziemi utnę i rzucę psom, bo przecież muszę byc anty-gienkiem. 
Więc ja ubieram najpierw trampki, majty, dzinsy, tiszerta, jeszcze jednego tiszerta i na dokladke jeszcze tiszerta. Wyglądam jak kolędnik, w trampkach w grudniu. By się nie rozpłakać, zsunąłem portki i leciutko się pomasturbowałem. Od razu lepiej. 
Tadek pojawił się 24 grudnia pod biurem o 9 rano. Rzucił w okno kamieniem raz, drugi, trzeci, osiemnasty, a kiedy otwarłem w końcu okno, mamrocząc pod nosem rzeczy złe, zobaczyłem na chodniku całą rodzinę Panków. No, przynajmniej czworo. Był szeroko uśmiechnięty Tadek, jego siostra, babka i matka. Ojca zabrakło. Chyba. Nie wiem, może Tadek nie ma ojca. Ja mam, a nic to w moim życiu nie zmienia. Gdybym nie miał nigdy ojca, nie byloby i mnie, a to nadałoby mojemu życiu zupełnie inny sens. Zamyśliłem się nad tym szukając skarpet po biurze, wciągałem je na nogi, a Tadek ponaglał mnie kolejnymi kamieniami w okno.
- Troszzkę wypiłem wczoraj - chuchnął mi w twarz odorem nieprzetrawionej wódy Tadek, kiedy wyszedłem przez okno - Nie mogę jechać Koń, ale matka wie, ze jesteś moim przyjacielem więc powiedziałem, że pomożesz w zakupach. Wsiadaj - uchylił drzwi corsy.
Wsiadłem. Poprawiłem lusterka, cofnąłem siedzenie i ruszyłem. Miło będzie znowu popatrzeć na świat. Nawet jeśli mają to być kielce. Nie wiem ile tygodni siedziałem w biurze, ale świat wydawał się nie do poznania. Mam taki "cabin fever" pomyślałem z satysfakcją, która podobnie jak obecnośc ojca w moim zyciu, nic mi nie dała.
- Najpiew pojedziemy do Kerfuru - sapnęła matka Tadka z tylnego siedzenia.
- Tam karp wyborny - zaciągnęła po białostocku babka.
Siostra Tadka tylko patrzyła w okno. Przeczuwałem, że będzie konflikt, ale nie zamierzałem się za wiele zastanawiać, zamiast tego patrzyłem przed siebie i milczałem, mijając tępe baby gnające po ostatnią szansę na jakiś prezent z dupy dla męża, brata, wujka czy innego wąsatego skurwysyna... Pewnie dostaną korkociąg, koszulę, krawat... Będzie naprawdę pięknie!
20:04, konradwolek
Link Komentarze (1) »
sobota, 24 grudnia 2011
Siedzę w biurze w oknie i patrzę, jak targacie prezenty. Kupujecie te telewizory, blureje, xboxy i inne gówno pod chujaka, kupujecie. Poza tym, że będziecie "zmęczeni po pracy" wypatrywać oczęta w ten wasz cyfrowy polshit, to jeszcze ozdobicie szafy, piwnice i rozmaite schowki pudłami po tych  telewizorach, blurejach, xboxach, bo przecież KIEDYŚ SIĘ MOŻE PRZYDAĆ, wy tępaki, nic się w was nie zmieniło od czasów, kiedy w podstawówce ustawialiście se puszki po regale. Jesteście jak metalowcy - metaluch jak se kupi flaszkę Jacka Danielsa, to potem zamiast wyjebać ją do śmietnika, postawi sobie na regale, jako twardy dowód na to, że był moment w życiu, w którym mu się bez wątpienia powodziło, a pozostawienie flaszki na półeczce przedłuży ten moment na najbliższe 10 lat. Patrzę i patrzę, jak ciągniecie bachory na sankach. Obowiązkowo po jezdni, bo tam ślisko. Wyślizgane jak rów wasz w pracy. I nieważne, że przejdzie czasem samochód. Przecież "to tylko dziecko" - taka istnieje w was świadomność, która zabrania wam wzajemnie napierdalać na siebie, jak bachor drze się pół dnia, albo zesra na schody. "Dziecko to co innego" - argumentował kiedyś u mnie na schodach jeden wyleniały przedstawiciel handlowy, opierdalając drugiego za za głośne słuchanie muzyki. Pewnie więc i na drodze, pomni złotej zasady, myslicie po prostu, że jak ślisko, to nikt nie straci panowania i nie zakurwi w wasze sanki, bo "to przecież dziecko" i o tym wie nawet opona.

Pierdolę. Nie patrzę więcej za okno. Czasem zastanawiam się co ja tutaj robię. Że faktów brak, a że tylko interpretacje. Ale weźmy taką sytuację. Mieszkam w biurze Kaza, bóg wie jak długo. Znaczy mniej więcej wiem ile, ale dlaczego i co tutaj się robi, tracę kontakt, trudno określić. Kiedyś był cukier, potem świńska jatka, potem próba koszernej żywności na wieprzowinie, a potem odszedł Tade i skończyły się jakoś zajęcia. Jak muchy, które tłukłem z absolutnym zaangażowaniem. Zamieszkałem w schowku na szczotki, a reszta sam nie wiem. Zdawać by się mogło, że Tade kręcił całym interesem, a Kaz jak w filmie o mafii był tylko słupem. Z drugiej zaś strony, nasze trwanie w postaci Kaza, trzech biurew i mnie, to byt jakiejś absolutnej sekty, ino trudno widzieć w Kazku guru. Może Tadeusz na odległość nami steruje, a my czekamy końca świata. No ale chuj, za bardzo to Dextera przypomina, Tade na Morgana nie wygląda, Marta nie wygląda na siorkę Dexa, a Kaz za psią mordę Batisty nie podrobi, tym bardziej ja.. chociaż ja mogę robić za tło, albo jak ten koleś w Boogie Nights co trzymał światło, miał niezłą fuszkę, chociaż w sumie, podobali mu się chłopcy, ale z 22 strony miałem słabość do Nergala daleko wcześniej niż reszta kraju. Wyprzedzam więc czasy jak sztuka... albo filozofia.

Tak czy inaczej, działamy obecnie jak w jakimś eksperymentalnym filmie skandynawskim. Mój żywot odbywa się między schowkiem, kibelkiem, a okazjonalnym zaczepianiem biurew, z czego zresztą zupełnie nic nie wynika. Jako że blisko świąt więc mózgi inaczej działają, ale Kaz kazał załodze przyjść, bo jak powiedział firma to nie urząd, więc musi zarabiać. Mnie to jebie i tak tu jestem. Marta przyszła z jodłą i położyła ją na parapecie. Jak kładła, rozpromieniła się bo za oknem była reklamówka.
- Iwona, popatrz – zawołała – Mikołaj! I szybko otworzyła okno i sięgnęła po reklamówkę, trochę zmarzniętą i brzuchatą. Uciekłem bo nie ma co nadstawiać mężnej piersi jak się samemu jest winnym. Zapomniałem przecie o kupie w worku. Nim zniknąłem w schowku doszło mnie parę „kurew” i „ooo fuujjj, jak ktoś może być taki chamski”.
Zatrzasnąłem się u siebie, i zrobiło mi się smutno. Nie że gówno w worku. Rzeczy się zdarzają, no ale matka mogłaby zadzwonić, zaprosić doma. Do chuja, w końcu wyszedłem z niej co nie, przecież nie można czegoś/kogoś tak zupełnie zapomnieć. Zaprosiłaby, dałaby kapusty... „A zadzwonię” mruknąłem, przecież ja też mam serce. Wystukałem numerek, nikt nie odebrał. Zadzwoniłem raz jeszcze odczekałem aż dziesięć sygnałów i jest
- „dzień dobry” usłyszałem głos matki i łza zawisła mi na rzęsie.
- „mamusia?” załkałem do słuchawki
- „tu rodzina Wołków, nie ma nas w domu” - mówiła matka z maszyny „Wyjechalim na pasterkę do Rzymu, szczęść boże nagraj się po sygnale”
- psy! – wykrzyczałem i się rozłączyłem. Mam nadzieję, że mnie rozpoznają po głosie. Rzym? Rzym? A ja mieszkam w schowku na szczotki! Obyśta się rozjebali na drodze... tfu..
wyskoczyłem nabuzowany ze schowka i poszedłem do kibla, z taką mianowicie myślą, że zmasturbuję się na złość światu. W kiblu, który jest na korytarzu, były zamknięte drzwi. Przystawiłem ucho i zapukałem.
-Jest tam kto?
Odpowiedziało mi łkanie. „Marta” pomyślałem, kurwiszony muszą rozpaczać w sraczach, jakby nie było innego miejsca.
-Marta? Nie płacz, będzie doooobrze.
Drzwi otworzyły się z hukiem
-spierdalaj złamasie – rzucila i przepchnęła się przeze mnie.
-sama... - ale i tak mnie nie słyszała. Wszedłem do kibla. Podniosłem pokrywę i zamarłem. Patrzyła na mnie megalityczna kupa, która jakby się jej dobrze przyjrzeć uformowana była w twarz jakiegoś prezydenta.
-Baby – powiedziałem do siebie – by zaraz zamilnąć bo szprotki wrociły mi nagle z żoładka i musiałem je ponownie przełknąć. Kupsko upstrzone było papierem, scinkami gazet, a na wierzchu udekorowane podpaską. Pociągnąłem za sznurek. Gówno podniosło się i wypłynęło z muszli ochlapując mi tenisówki. „kurrrr”. Ruszyłem z kibla, uprzednio wepchnąwszy palcem siusiaczka do portek. Chciałem opierdolić Marte, zderzyłem się w drzwiach z Kazem
„Sorka” i pognałem dalej. Kazek wlazł i zaraz krzyknął.
„Kondrad ty kurwa pojebie, chono tu zara”
„ale to nie ja” odkrzyknałem i zawinąłem się koło biurka Marty
„Kurwa Marta, coś ty tam zrobiła”. Nie odpowiedziała. Zrobiła wytrzeszcz oczu, i spojrzała za mnie. Za mną był Kaz i dyszał.
- Wygarniasz to gówno, albo zwalniam cię
- Sam się zwolnij Kaz, pokaż umowę, że mam … umowę.
Kaz chrząknął i odszedł do swojego przepierzenia. Wrócił z kartką zgiętą w połowie.
- Podpisz, wpisz pesel, nip i podpisz. Zwalniam cię.
- Na pustej kartce? – pytam
- dopiszę potem, wpisuj
- Rozwinąłem kartę, a tam druczek do ekspresowej pożyczki.
- Zesraj się Kaz, nie podpiszę.
- Wiem, że mieszkasz tutaj na dziko. Doniosę cieciowi.
Stężala mi twarz.

- I co? – zawołał Kaz - zadowolony? – się może teraz obrazisz tak, że cię chcę wyrzucić z ciepłego kącika, panienka, patrzcie państwo haha... idz sprzątnij to coś zrobił w sraczu i będzie po staremu.
- Ale – to – kurwa- nie-jaaaaa
wyczyść sracz, albo podpisz pożyczkę, albo wynoś się z biura! Wrzasnął Bonk.

Czyściliście kiedyś babskie gówno? Nie czyściliście, to nie wiecie jak to jest. Przepchąć je linijką do rury. Zrzygałem się z raz co najmniej, niewykluczone że od torsji zrobiłem kleksa w majtach. Nie wykluczam tego. Przepychałem po kawałku, dłubiąc drugą ręką w stolcu by go nieco rozrzedzić. Zmęczyłem się jak górnik. Nienawidziłem świata i ludzi. Jak wreszcie wszystko poszło bez słowa poszedłem do siebie. Nie poleżałem zbyt długo, kiedy wlazł Kaz.
- Dobra robota młody, nie trza było się stawiać. A swoją drogą, w tym miejscu ja tego nigdy nie robi łem, ciekawe jakby to było.
Zamknął drzwi rechocąc obleśnie.
Jak to „tutaj tego nie robiłem” powtórzyłem na głos. Zadzwoniłem do Tadka.
- Tade
- no Koń, wszystkiego wesołego na te święta.
- Dzięki, ale mam pytanie
- no wal
- mieszkam w schowku na szczotki wiesz
- wiem, przecież Konrad, wiem
- dobra, Kaz też już wie
- ah, musiał się dowiedzieć w końcu
- no i przyszedł do mnie dzisiaj
- aha
- i wiesz co mi powiedział?
- Jeszcze nie.
- Że on, cytuję „tego tutaj jeszcze nigdy nie robił”. Co miał na myśli?
- Ach to...
- co? co kurwa co?
- No nic, Konrad, musisz się w końcu dowiedzieć, ale przysięgnij, że nie powiesz ze to ode mnie.
- Nie powiem.
- Ok, wiesz dlaczego odszedłem?
- No , że nie chciałeś brać kredytów dla Kaza
- to niby też, ale nie do końca
- nie?
- No nie.
- Mówże kurwa do rzeczy, mam telefon na karte.
- Byłem już tym wszystkim zjebany, a ty jakby nie było jesteś moim przyjacielem jakimś tam
- ale co ?
- Że to Konrad, że Kaz w biurze ma ten, klub swingersów.
- Hahahhaha
- ja bym się tak nie śmiał na twoim miejscu
- bo? ale jak, przecież jestem tutaj cały czas.
- No wiem, widziałem
- ale ja nie widziałem.
- W tym cała rzecz, jesteś atrakcją wieczoru.
vJa?
- Koniu. Co robisz nocami w biurze.
- Spię no kurwa śpie
- i tu się mylisz.
- Mylę?
- no. w nocy w biurze odchodzi dupcenie. Dupcenie za które Kaz kosi niezłą kasę. Przychodzi wierchuszka, kieleckiego biznesu i ruchają.
- Pierdolisz Tade, nic takiego się nie zdarza.
- Zdarza, sam tam bywałem często.
- Kurwa, co ty pierdolisz.
- Pierdolą to się biurwy z biura i jakieś biznesmenki, swingersi rozumiesz. Jak w Nowym Jorku, tylko że niestety tutaj mają chujowe skarpety i takie tam.
- A ja w tym wszystkim?
- No ty jesteś jak małpa w zoo. Robią z ciebie coś na podobę modelek z barów suszi.
- Nie wierze.
- Koniu, myślisz, że znalazłeś worek bez dna? COdziennie znajdujesz u Kazka nowe parówki w biurku, nie dziwi cię, że się nie kończą?
- W sumie.. Kiedyś mnie dziwiło, ale, dlaczego ma mnie dziwić coś dobrego? Jem, żyję, to się liczy. Może zapominam jeść czasem i rano mi się wydaje, że są nowe.
- No przecież ci mówię.Kazek faszeruje je środkami nasennymi i codziennie zostawia nowe. Więc jak spisz se smacznie, to robią z ciebie tacę z żarciem i żrą z ciebie jacyś pojeby. Czasem rzucają kaszota na twarz.
- A czasem, czy wiesz oni...
- to niestety też... ale w końcu masz lokum, nie możesz się użalać.
- Niby nie, ale czuję się chujowo Tade wiesz. Może też chciałbym se poruchać albo coś.
- Koń, tobie żadna by nie dała.
- A Marta?
- Tez nie, ona daje głównie Kazkowi.
- Raz mi chciała dać!
- Koń, to być może skutki uboczne środków nasennych. W głowie tworzą ci się alternatywne światy. Koń jesteś tam?
- …...
- Nie płacz Konrad... no weź nie rycz.
- …........
- Mam pomysł.
- …........
- Przyjdź do nas na wigilię.
- …..... , dobra kurwa, przyjdę.....
14:35, konradwolek
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 19 grudnia 2011
Wy smutne śmiecie, nic od was nie zależy, ale rozpaczliwie chcielibyście mieć udział w czymkolwiek. Jakiś kapitalistyczny konsumpcjonizm wpoił wam jakimś sposobem poczucie ważności, bo skoro macie wybór pomiędzy majonezem z Pudliszek a majonezem Kieleckim,z Winiar czy kętrzyńskim, to wydaje wam się, że producent wybranego przez was słoika powinien uklęknąć przed wami z mordą na karpia gotowy ssać wam siura w podzięce za tę łaskę. I stąd bierze wam się ten bełkot - uuuu Koniu, czytam cię, wiesz, czytam twojego bloga, uuu Koniu, kupiłem twoją książkę na allegro, zrozum to Koniu, czujesz to, poczuj to - K U P I Ł E M, a mogłem pożyczyć, czasy są trudne Koniu, uu uuu, ale zrozum Koniu, kupiłem, a tu za mało o ruchaniu wątróbki, mało kłucia cyrklem, przygnębiłem się Koniu, rozumiesz, ale zapłaciłem, uuuuuu Koniu, ja z kolei kupiłem, czytam, czytam od dawna, i kupiłem, Koniu, ale za dużo pornografii, Koniu, jak to, Koniu, drepczesz w kółko, Koniu, zrozum Koniu, że w poważnym świecie, inwestor ma kluczowe słowo w procesie powstawania produktu, w który inwestuje, a więc Koniu, ja płacę, kupiłem, na allegro, a tutaj przygnębiłem się, a liczyłem na jesienny uśmiech, Koniu.
Więc skurwysyny, nie ma tak dobrze. Nauczyliście się, że można społecznie kreować świat. Ale to fantom. Dokładnie taki sam, jak swierzbienie ręki której nie ma. To, że chwalicie się swoimi dziećmi na fejsie, nie znaczy, że kogoś to interesuje. Interesuje to tylko was. W znaczeniu fantów. Przyniesie, któraś z was dziecko do pracy, to jako zwrot akcji oczekujecie, że ci którzy zobaczyli to coś co kiedyś będzie człowiekiem, zrzucą się na jakiś prezent. Zatem samowolnie umiejscawiacie się w pozycji małp w zoo, za których oglądanie kupuje się bilety. Nie oczekujcie, że powiem, iż jestem inny. Jestem immanentny w swojej trascentencji. Cokolwiek to znaczy, brzmi na tyle dobrze, żebyście tępe chuje, westchnęli, że piszę jakbym skończył studia. Chuja tam, w przeciwieństwie do waszych gówień w postaci resocjalizacji i takie tam, ja nie skończyłem nic. Walka, ze skończonością polega na tym, że nie kończy się nic. Jak masturbacja, która podejmuję zawsze od początku i stymuluje mnie za każdym razem tak samo jak za pierwszym razem. Wy miedziane anusy. Chcielibyście uczynić ze mnie materiał roboczy na leczenie swojej nijakości. Ale jak można uleczyć dno innym dnem. Bo jestem samym dnem, pustką i nicością. Niewykluczone, że mnie nie ma. Czasem tak się czuję, i wtedy czuję się najlepiej. Bo lepiej aby mnie nie było, bo koniec świata, mojego świata zakończyłby festiwal zależności od was, całej tej reszty, której najzwyczajniej w świecie nie lubię. Nie kocham was, nie tęsknię za wami, nie mam nadziei wobec was, boję się was i wstydzę się was. Reprezentujecie wszysto to co mnie odstręcza od świata. Środowisko waszych rytuałów i pospolitych marzeń tnie mnie po dziąsłach boleśnie. Nie żebym miał lepszą ofertę, bo nie mam żadnej. Jeśli tak bardzo kogoś mierzi, że u mnie nic się nie dzieje, niech spojrzy na swoje bardasze życie, czy u niego wydarzenia zmieniają się jak w kalejdoskopie. Prawdopodobnie nie. Zatem, oczekiwanie, że będziecie mnie rzeźbić jest równie bezsensowne jak myśl, że rzeźbił będę was ja. Ja was po prostu nie lubię. Nie mam wyobraźni, nie mam marzeń, nie mam niczego czym mógłbym zaimponować. Niosę wam złą nowinę, wszystkim tym, którzy tkwią w myślach o raju utraconym przeplataną nadzieją na cuda na patyku. Powiadam wam, nic się nie wydarzy. Poginiecie jako te muchy, który biję gazetą i to cała opowieść o ludzkiej chujozie. Nic mi nie daliście, nic wam nie zawdzięczam, więc najzwyczajniej w świecie odpalę sobie kogoś tak brzydkiego jak Stacie Starr i zwalę sobie konia.
13:36, konradwolek
Link Komentarze (2) »
sobota, 17 grudnia 2011
Nie ma walenia konia. Po prostu nie ma. Mały zniknął, zaszył się w dziurze w brzuchu i stamtąd robi mi zyg-zyg. E, nie robi, jakby robił, musiałby to robić skórką, bo przecież nie ma rączek, więc czułbym i mógłby mi zygać, a ja patrzyłbym sobie jak Holly Body tłucze się czyjąś pytą po zębach i mruczy "You bad boy!". A to suka, ja też jestem bad boy, Holly, sprawdź mnie, no weź sprawdź, kurwia twarz twa.
Ale nie ma. Wszystko skryte, jakbym był jakims pieprzonym transformersem, albo Frankiem Galagher - "I'm a grower, not a shower, but when its time to show, i grow". Mogło być gorzej, mógłbym być taki biedny jak, dajmy na to, Lexington Steele. Ten biedny czarny skurwysyn ma tak wielkiego siura, że świadkowie twierdzą, że biedaczyna nie daje rady postawić go na baczność. I tak sobie będe tłumaczył. Albo ostatnia scena z Boogie Nights. Jak to zobaczyłem, to nie wiedziałem, czy zapłakać nad swym mikropenem czy złapać tę lianę i przeskoczyć na sąsiednią palmę.
Ale nie ma. Jakby wbiła do mnie na sekundkę Holly, mój pen skryty w czeluści podbrzusza pewnie dałby się wyłuskac, ale nie byłyby to kalifornijskie standardy gry wstępnej, więc Holly mogłaby szybko zabrać się na powrót z kazkowego biura, i nie pomogłoby tłumaczenie, że to jest Polska, tutaj porno wygląda tak, że lasia najpierw 15 minut liże miękkiego siura, potem chichra się pół godziny, a koleś wali sobie konia na brzuch i idzie do domu.
Ale nie ma. Nie ma Holly, nie ma pena. Tadek upchnał mi pena w podbrzusze. Nie własnego rzecz jasna, tylko mojego własnego. Przyszedł dziś pod okno i rzucał kamieniami, aż otworzyłem.
- Siemasz Koń, siemasz! - podał mu puszkę z sardynkami.
- O nie, nie nie, Tade, nie nie, nie - odrzuciłem puszkę - Nie trzeba Tadek.
- Widzę, ze masz zapasy, spoko, spoko, ja z dobrego serca - Tade rzucił okiem na worek z fekaliami wciąż tkwiący na parapecie. Zamarznie to wyrzucę, kurwa - pomyślałem i chciałem zamykac okno, ale Tadek nie dał za wygraną:
- Pogadać chcę, Koń.
- Kiedy mi zimno!
- Dwa słowa, Koń.
- Tade, nie mów na mnie Koń, wiele mnie kosztowało, żeby z google wykrzewić fakt, że młodzież googlująca "stosunek z koniem" trafia z miejsca na mój blog.
- Dalej piszesz to gówno?
- A piszę, i jesteś jego bohaterem, ścierwiu.
- Napisz, że mieszkasz w biurze, buhahah!
- Nigdy.
- Koń, wkurwia mnie moja.
- Przecież rzuciłeś ją.
- Oj no, wiesz.
- Nie kurwa, nie wiem, zimno mi!
- Za ładna jest, ciągle ktoś się na nią gapi i raz widziałem na fejsie, jak jej ciągle te szaro-brązowe małpoludy piszą wiadomości "Hola sexi mami", tak piszą.
- To się ciesz, ze to ty jesteś jej sexi papi i żyjcie długo i szczęśliwie. Tade, jaja mi maleją, czuję to, od wiatru.
- To ubierz się, ja potrzebuej pomocy.
- Ni chuja Tade.
Zamknałem okno, nie bede tadkowi tłumaczył, ze kiedy się tu  "wprowadziłem" to było ciepławo. mam tylko bluzę od dresu i pare trampek.
- KONIU!
Znowu kamienie.
Zawinałem się w śpiwór i otworzylem okno, a tade - pierdolec - wyciągnął wyraz na "P".
- Myślałem, że jesteś moim przyjacielem!
O w chuj - myśle se - Teraz to przyjaciel, bo sie wypłakac trzeba, a jakżeś pisał o mnie te swoje rapy, że zapijam witaminą C tyskie, to co byłem, kędzierzawy chuju.
- Tade, po pierwsze, uważam że dorosły mężczyzna nie powinien mieć przyjaciół.
- Dlaczego?
- Chujów sto. Po drugie, trzymaj się swojej jak jej tam, niech se będzie ładna. Lepiej ładna niż brzydka nie? Nawet z ładnymi babami jest jak z kubełkiem KFC - wygląda zajebiście, ale jak już opierdolisz połowę to ci się chce rzygać. Nie wiem, do czego miała prowadzić ta mysl, ale pomyślałem tak niedawno i chciałem to jakoś użyć.
- I to ma mi pomóc?
- Nie wiem, w dupę cię mam Tade.
- Już to słyszałem, myślałem, ż ejesteś moim...
- TADE! Popatrz na to tak - ładne baby są ładne, a brzydkie baby są brzydkie. Tylko z brzydkimi jest ten estetyczny problem, że są brzydkie, ale to jest chuj, bo najgorsze z brzydkimi babami jest to, że wyjebią cię w dupę tak samo, jak te ładne, wiec jak już masz być wyjebany w dupę, to pooglądaj sobie najpierw cos ładnego, a nie potem będziesz mi truł anus, że myślałeś że taki kaszalot cię nie rzuci, a jednak spierdolił z jakims osrajtuchem.
- Ale! - uniósł w górę palec Tade.
- Właśnie tak - zamknałem okno, siadłem w fotelu i zacząłem na nowo dłubać palcem w dziurze po penie, muszę go wyłuskać i śmignąć konika, nie może być tak że tylko Tade wali ładne dupy, mam tu randkę z Holly Body i zamierzam skonczyć ją na jej cycach, dyndających frywolnie aż po kres żeber.
01:32, konradwolek
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 grudnia 2011

Nie byłbym Koniem-zdobywcą, gdybym poddał się na wejściu, dlatego przed podjęciem dręczącej mnie decyzji - czy popaść w na nowo w niełaskę waginy, waliłem konia przez ostatnie trzy dni, oglądałem dużo porno, nadwyrężyłem prawą rękę i zjadłem tadkowe sardynki. Efektów tego było wiele.

Pierwszy z nich jest taki, że kamszotem potrafiłbym napisać własne imie na czole wybranki. Być może nie tylko własne, wręcz przeciwnie - krótsze imiona mógłbym pisać z dodatkowym ornamentem czy efektownym zawijasem z nadwyżek nasienia. Mógłbym zasiąść na Krupówkach na stołeczku i czekać, jak inne skurwysyny, na turystę, który zechce sypnąć groszem za swój portret. Sypnęliby więc za lukier spermy mojej na czole, i nie jest to wcale utopijna rzecz, bo np. Bree Olsen twierdzi, że aby upewnić wszystkich, że jest szmatą bez sciągania gaci, poszła kiedyś na lotnisko ze spermą na twarzy. Mamy takie czasy, ze i w Polsce celebrytą zostaje się za nic, więc parcie na łatwy sukces, viralną popularność, mogłoby spowodować, że moje usługi miałyby swoją niszę na rynku.

Drugi efekt z kolei taki, że pod tadkowych sardynkach przyszło mi wyścielić kazkowy kosz na śmiecie reklamówką w tesco i nasrać do niego. Żeby nasrać. Nasraczyć. Wykonałem wyborną sraczkę do kosza na śmiecie, co w sumie nie zaszokowało mnie w żaden sposób, bo przez cały czas próbowałem obronić resztki swej godności, rozmyślając o tym, że przecież inni mają gorzej - ludzie przechodzili przez gorsze piekło: przeżywali obozy koncentracyjne, albo żenili się i mieli dwójkę dzieci. Dasz radę Koniu, sapałem, a zwieracz palił mnie jakbym był randką Rocco. Tylko twardziele nie szczają przy sraniu, dlatego kiedy stałem tak bezradnie po środku kazkowego biura, dzierżąc w prawicy siatkę z zupą gówniano-szczynową, poczułem się nieważko i już przez chwilę myślałem, że oto patetycznie zemdleję tu, puszczę siatę i zaleje mnie gówno, szczochy i tak umrę. Przynajmniej się nie posram - próbowałem się pocieszyć. Otworzyłem okno, ale nie miałem siły wyrzucić worka na ulicę. Kurwa ktoś zobaczy, jak mam zwrócić na siebie uwagę jako dziki lokator, to wolalbym czymś innym niż bigosem z gówna. Położyłem siatę na parapecie i zamknałem okno. W nocy wyjebię.

Wytarłem anus kartkami z drukarki i siadłem w Kazka fotelu. Próbowałem walić konia, ale penis po sraniu zawsze jakiś taki obcy mi się wydaje. Czy byłby mi równie obcy, gdybym wyskoczył z dupska Aletty Ocean, a w podróż za mną udałaby się malusia alecina sraczka? Pewnie nie, bo gaj, który ją wtedy w ten anus posuwał, nie zdawał się peszyć, a i Aletta bez kozery wpakowała sobie od razu jego prąć w usta. To jest życie, bez trosk, bez oporów, w dodatku estetyczne i dobrze opakowane - wielkie cyce, głębokie dupska, wary obciągary, słońce, plaże, apartamenty. Także chętnie wymieniłbym siatkę zupy z kału na strzyk sraczki z anusa Aletty.

Bez sensu to. Bez sensu i wy, ale ponieważ niczego wam, psy siermiężne, nie zawdzięczam, to mogę pisać i pisać i pisać, aż anus i penis dojdą do porozumienia i rzucę to i zwale sobie elegancko konika. Bez sensu. Czy jakbym miał dziewczynę, nabrałbym ogłady? Pewnie nie, ale w tym przecież upatruje swej normalności większość patałachów, którzy w pewnym etapie życia postanawiają się "ustatkować", co w gruncie rzeczy jest miernym tłumaczeniem na "nie wiem jak się gotuje wodę i jebią mi slipy, ktoś się musi tym zająć". Niestateczny to może być Hank Moody, a nie te wasze trzy tyskie z kolegami co piątek. Nie próbuję tu umniejszyć roli jebiących slipów w procesie zakładania rodziny, zastanawiam się tylko, czy może lepiej nie przeprać je sobie w kazkowym dystrybutorze wody, a nie uziemiać się z jakąś lochą. Gotowałem już parówki w chłodnicy, trzymałem je też w szklance gorącej wody - jestem, jak Neil Strauss, wytrawnym survivalowcem przecież. Ale nie w tym rzecz, rzecz w tym, ze w zamian za czyste gacie nie otrzymałbym nic, jak tylko czyste gacie. Jestem znawcą ludzkich charakterów - jestem uwięziony w kazkowym biurze i przypięty do fejsbunia 24/7, wiem więc co to socjologia, dziwko. Z badań mych wynika więc, że może i lajkujecie od miesięcy niezmiennie jakieś skupiska onanów gorszych ode mnie typu "Jaram sie wydziaranymi laskami / Jaram się obcasami / Jaram sie cycami", ale jak przychodzi do ożenku, to każdy z was ma na profilu jakąś prażochę o wyglądzie waszej matki - krępą, ziemistą i przy sobie, względnie suchą, wynędzniałą i zwiędłą lochę, którą poznaliście 10 lat temu na studiach i tak zostało, pewnie dlatego, że to "materiał na żonę" i "wasz najlepszy przyjaciel".

Zamiast więc patrzeć codziennie w paszczę jakiejś "przyjaciółki", powinienem zebrać się w sobie i znaleźć się w otoczeniu Avy Devine. Już dawno pisałem, że Ava jest esencją spontanicznej i niczym nie krępowanej szczerości w lizaniu jajek, i teraz mam na to dowód. Oglądałem niedawno wywiad z Avą, gdzie pretendując do szczytnego miana "największej kurwy", opowiadala ochoczo, że rucha się właściwie non stop, z byle kim, byle gdzie, za byle co. Kiedy doszła w wyliczaniu do tego, że rucha się z downami i nawet to lubi, poczułem w końcu, że jest gdzieś na świecie człowiek, który mógłby mi dać tego co potrzebuję, i w dodatku znam jego nazwisko, nie musze więc pałętać się po uczelni jakiejś z mitem "szukania drugiej połówki", jak wy, wykształciuchy pierdolnięte. Imie jej Ava Devine, i jeśli rucha się z downami i niepełnosprawnymi karłami, to na pewno da radę też ze mną i z dumą podstawię jej moje jajka do dzioba, niech poleruje, a prawą ręką mogę wtedy se klikać, że jaram się wydziaranymi laskami.

Jaram się wydziaranymi laskami, ło kurwa, wielki chuj. Stoją te kurwie sroki pod ścianą, jedną ręką zasłaniają cyce, drugą obowiązkowo wtykają sobie paluszek w ryj i wy się "jaraaaacie". Wy miętkie dydki. Powiem wprost - Ja, Koń, jaram się wielkimi cycami, w towarzystwie gołych psioch, kurwich oczu, wypiętych dup i wsadzonych we wspomniane otwory eleganckich, srogich rozmiarów pytongów - a nie jakichś pedalskich ubranych w majty lasi z tatuażykami, co to patrzą wzrokiem typu "fak mi" ale jakbyście wyjęli chuja, to zaczęłaby piszczeć "jestem artystką, jestem artystką, modelką, alternatywną, artystką, zboczeńcu". Pewnie powiecie mi, kurwie sromy, że porno jest zbyt oczywiste, zbyt dostępne, a wy kochacie tajemnicę i powiew niedopowiedzianego - skrytego za jej majtami. Otóż nie, chuje, nie ma nic tajemniczego za jej majtami - jest to pizda z dupskiem, a wieje w najlepszym przypadku mydłem, i proszę mi tu nie pierdolic, że porno jest zbyt dostępne i oczywiste, bo jakoś nie widzę, zeby któryś z was jebał Lanny Barbie, tępe chuje).

Dlatego, dzierżąc w dłoni penis, który z niejednego cyrkla chleb jadł już, zamierzam wykonać teraz mistrzowski strzał w piramidę z kazkowych ołówków, gumek i temperówek, którą ustawiłem przed momentem. Nie jestem nudny, nie nudzę się. Koń to po łacinie "wyzwanie" i zamierzam właśnie stawić mu mosznę, burząc tę oto piramidę niczym Mongołowie rozpierdolili mur chiński. Ku pochwie!

 

15:23, konradwolek
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 08 grudnia 2011
Myślę ostatnio o tym, że może mógłbym mieć znowu dziewczynę. Tak z przekory trochę, tak idąc delikatnie torem ramie w ramie z wami, proste chamy, wszak każdą samotną chwilę traktujecie jako pęd ku swej łani, a kiedy jakaś łania w końcu otworzy przed wami wrota sromu, świat zewnętrzny kończy się dla was, w swoistym kantorze wszechświata wymieniacie go na biurewskie przyjemności typu wpierdalanie razem obiadku, dzielenie się wrażeniami z pracy, urządzeniem gniazdka i wspólnym wypadom (koniecznie z innymi parami) na jakieś żenujące imprezy typu teatr, koncert, kino czy zapierdalanie w sandałach po lesie.
Skoro przecież bez udziału żadnej lochy i tak wyzułem się ze społeczeństwa, mógłbym równie dobrze spędzać czas z lochą. Bardzo chciałbym to jakoś umotywować, wręcz wyjaśnić, ale niestety nie potrafię, bo nie wiem dlaczego mógłbym mieć dziewczynę. Być może mam omamy, nie siedziałem dłużej w celi niż parę godzin po pijaku, więc nie wiem, co robi się, spędzając w celi miesiąc, dlatego izolacja w kazkowym biurze zaczyna może ryć mi łeb jak marihuana ryje akademiki, stancje i inne przytułki dla studentów. Kurwa, jak ja nienawidzę studentów, tych zaćpanych cweli, tego ich gównianego poczucia humoru i tej fajansiarskiej muzyki, która zawsze zaczyna się na Tymonie, a kończy na jakimś jebanym Morisseju. Nienawidzę was, cwele.
Póki co jednak, myśl o dziewczynie nie daje mi spokoju, zacząłem więc ćwiczyć kamszoty. Chciałbym bowiem mojej przyszłej wybrance zaoferować coś, co mógłby jej dać tylko Peter North. Wyliczyłem, że jeśli mam pytę o 2/3 krótszą od Northa, droga moich plemników przez ciasny kanał prącia jest krótsza (logiczne), dlatego mógłbym skupić się na samej efektywności strzału - celność, precyzja, siła, gęstość. Narysowałem sobie tarczę na kartce, na ktorej uprzednio wydrukowałem zdjęcie Aletty Ocean z rozwartym dziobem. Miałem wprawdzie parcie na Angelinę Valentine, ale wciąż nie doszedłem do siebie po jednej ze scen, kiedy z dupy wyleciał jej kawałek gówna. Zrobiłem więc tarczę z Alettą, i poderwałem się do strzału niczym rasowy junak. Pierwsze krople pociekły mi po palcach, zacisnałem prąć i strzelałem dalej, drugi strzał trafił Alettę w policzek, celowałem dalej, drugi, oko, szlag, czoło.. No tak, gdybym był Peterem North, byłoby bingo, ale jako Koniu muszę skupiać się bardziej na ustach, policzkach i szyi. Za godzinkę sprobuję na nowo, tymczasem zorbiłem sobie wykres mojej pozycji społecznej.
- Wygląd: Daję sobie 4,5. Jestem wysoki, ale też gruby na brzuszku. Tyskie to wymagający partner życiowy.
- Pozycja społeczna: Pisarz, więc cipek. Nie zarabiam nawet jak Bukowski. Więc 2, jeśli wyrwę na pisarstwo kogoś z akademika. 1 jeśli zechcę kogoś kto otrzeźwiał już z bełkotu o prawdziwej miłości nie mierzonej portfelem.
- Intelekt, o tu mogę dać sobie 10, wszak nie muszę być bogaty by być mądry, w tym kraju najzaradniejsi są najgorsi debile.
- Poczucie humoru, laski zawsze o tym gadają, tu przecież też dać mogę sobie dyszkę, chociaż nie śmieję się z polskich kabaretów, więc jeśli spotkam taką co się śmieje, muszę dać sobie 1.
Popatrzyłem na rozpiskę, oceniłem fachowo swoje szanse i wracam do masturbacji. Puma Swede, nawet na ekranie, wydaje się realniejsza. Nie zarzucę jednakże ćwiczenia się w kamszotach, wydaje mi się, że pomimo swej banalności, nawet jeśli ma do niczego nie prowadzić, jak większość sportów, jest w tym jakaś przyszłość, szansa na realne hobby i w końcu widok na prawdziwy fach. Ludzie będą mówić - widzisz tego człowieka pod płotem, wydawać ci się może że to tylko bezdomny worek na śmiecie, a powiem ci, że koleżka umie zabić spermą muchę z czterech metrów. Tak powiedzą.
22:52, konradwolek
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 04 grudnia 2011
tesknie czasem za domem. ale czy Eryk Rudobrody zawrócił z grenlandii? no chyba nie. więc pozostaję z własną męską tesknotą, podżerany przez nieznane pragnienia i niepokój. fiat to drakkar, a kielce to ziemia którą podbijam. wiem, że przesada, nie musi mi nikt tego mówić. miałem taki plan, by wymknąć się wieczorem z biura, kupić kapustę, marchew, sól. pociąć warzywa nożyczkami, znaleźć jakiś pojemnik po farbie, wrzucić, wymiąchać, i (obowiązkowo) udeptać gołą stopą. a potem czekać. wytrwale i pewnie. far-i-kal czy coś w tym guście. jak skrawek ojczystej ziemi na oceanie chujni. z tego wszystkiego, nie mogąc opanować strachu przed wyjściem w zimno kieleckiej nocy. zadzwoniłem do Tade.
-tttak - mruknął, gdy odebrał
-milcz - powiedzialem - przynies mi jedzenie pod okno
-kto mowi
-Tade, kurwa ja mówie, nakazuje, przynieś mi żreć
-jestem najebany wysapał
-bedziesz, jak mi nie przyniesiesz
-ojcze święty... tak bardzo przepraszam, że nie dochowałem wiernośc
-Tade kurwa, to ja Koń nie papa, i to kielce do chuja, daj mi jeść. Rozłączyłem się.
Potrafię być stanowczy, bezpośredni i jasno formułuję swoje myśli - nagle doszło do mnie. Stanąłem w oknie i zmasturbowałem sie. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów, bez patrzenia na głupie, podrygujące ciała jakichś tam bab. Dojrzewam. Zasunąlem rozporek, położyłem sie na ziemi i zasnąłem. 
Obudziło mnie dudnienie, stukanie. Natura pozbawiła mnie wyrazistej wyobraźni więc nie ulękłem się. Była noc w biurze. Znaczy na polu, no to i w biurze też. Ustaliłem źródło dudnienia. Okno. Uchyliłem nieco, i drąza ręka wrzuciła puszkę sardynek. Drugi razem wpadła ćwiartka chleba. Potem nic. Smutnie nieco. Otworzyłem na ościerz i wychyliłem się. "a piwa to nie łaska" wrzasnąłem. W żółtawym świetle lamp ulicznych dostrzegłem chyboczącą się na boki uciekającą postać." Zamknąłem okno i sięgnąłem po ćwiartkę chleba owiniętą w tutkę papierową.
- no stary jak chiny kurwa - mruknąłem - z torebki wypadł mały rulonik. Tade to jednak świnia, musiał dorzucić paragon za rybki i chlebek. A Pan zapyta go kiedyś, "byłem głodny a ty przyniosłeś mi rybki stary chlebek i rachunek, bucu.., idź precz!" Złapałem zwitek i chciałem nim pizgnąć za okno. Ale okazało sie że to nie paragon. Papieros raczej, taki skręt psi, jakie wąsate chłopy na budowach palą. A zabije się - mruknąłem i wsadziłem se do ust. z kieszeni wypyrałem zapalniczkę, co to ją nosze do wypalania włosów w nosie. Odkąd zgoliłem wąsy, kudły zasiały mi sie w nozdzrzach co jest bardziej podłe niż wąsy - aż sie wierzyć nie chce. Przypaliłem i przesunąłem językiem w kącik ust. - Brak mi tylko bereta z antenką i ... wąsów i byłbym panem cześkiem co to junkersa przyszedł popsuc. Złapałem puszeczkę sardynek i wbiłem w nią nóż. W między czasie, naszły mnie mdłości. Przełknąłem zwrot z żołądka. Osunąłem się z sardynkami po ścianie na podłogę. Rybki ułożone były jak w trumnie, jak rodzina jakaś wystrzelana przez ss-komando. Kurwa mać... Ciemno. Otworzyłem lodówkę kazka by se przyświecić, rozświecić ciemności. To niewykonalne - pomyślałem - patrzeć na świat, palić i jeść sardynki z trumny. Świat ochujał, sardynki zabito, chleb się zestarzał... Zaciągnąłem się dymem.
-zrobiłam ci smażonego oscypka, zjedz póki ciepły - powiedziała
-popatrz na te sardynki - jak Einsatzgruppe z Babiego Jaru.. no weź przecież to mogą być one co nie?
-zjedz póki ciepłe
-co?
-oscypek, pieczony, zjedz i jarzyny
-kurwa
-a potem telewizja
-Baśka?
-oscypek, no chapaj
-to nie jest ten świat

strzepnąłem coraz popiół z coraz bardziej mikrego peta na koszulę. Powinienem się teraz zabić, - olśniło mnie, zabić.... zabić, umrzeć i zlec jak ta sardynka. Ale nie mogłem ruszyć żadną kończyną. Uduszę się.
-Bo to jest tak - mówi - że nienawidziłeś ojca, o masz syndrom jedynaka
wydąłem policzki
-jesteś idiotą i egocentrykiem
napiąłem mięśnie chcą wydać ostatnie tchenie przed śmiercia
-idiota - nadąsała się - a czytałeś te artykuły z "Charakterów"? no pewnie nie, zawsze jak ci chcę pomóc to się odwracasz placami do mnie.
Udało mi się przeturłać na brzuch. Podłoga niestety nie była elastyczna i nie przykryła całej powierzchni ust. Złapałem chaust powietrza
-ty? mruknąłem - ty.... strugaj się stąd - to nie jest ten świat do chuja

rzucę się na nóż może, przecież mogę pełzać

- pełzać możesz - powiedział - ale.. czekaj, zara wrócę - mruknął i poczłapał do kibla. Nie zamknął drzwi. Słychać było jak rzyga i kaszle, tak na przemian. Wrócił
-normalnie to teraz powienienem wleżć na ciebie - ale się brzydzę
-bo?
-łapiesz muchy
-orzeł much nie lapie - wypaliłem
-najwyrażniej ten tam - odrzekł i otworzył puszkę piwa
-ożesz ty, daj łyka
-z dupy na rękę - powiedział z uśmiechem
-ty, a jak ty tu się znalazłeś co? znasz szyfr, hasło znaczy się czy,,,... noga mi zdrętwiała
-bo siedzisz na niej, nieważne. ważne że jesteś nikim - powiedział
-jak nikim, pisarzem jestem
-kolego, pisarzem to jestem ja
-sranie, a nie takie pisanie, wiersze tez mi coś....epifania...albo nie, ty tu, ja cię słyszę, ale przecież ty... glosolalia... albo inna chujnia, jak my rozmawiamy,  czekaj.
wsłuchałem się w swój głos - bukałski - powiedziałem ja - osz ty kurwa
- no mruknął - właśnie właśnie
-milcz milcz bukałski - a ty wiesz ze smierdzę szczurzym gównem? wypaliłem kawał gówna, daj łyka
- nigdy
- a bys.... a ty nie żyjesz co nie?
- to zależy
-no jak, nie żyjesz, cie nie ma
-może ja nie żyję, ale to raczej ciebie nie ma
dostałem duszności...
-bukałski, to nie jest ten świat

Wędrowałem do kolejnych światów. W jednych byłem pewien, że popuszczę w portki, i roztopię się we własnej kace, w drugim, spotkałem Kazka, i prawie wierzyłem że to jest ten świat. Ale Kaz powiedział, że pozmywa naczynia, ale dopiero rano. to nie był ten świat. W kolejnym kisiłem kapustę, nogą ubijajac ją na cacy. To nie był ten świat. Popadałem w coraz większą panikę, nie mogąc się zabić, tkwiąc między wymiarami, bałem się że zostanę "pomiędzy" na zawsze. A co na to bóg, który za dobre wynagradza a za złe karze? powiedział Eryk Rudobrody siejący pszenicę na Grenlandii, to nie był ten świat. Może bukałski miał rację, jestem zmyślony, nie ma mnie. 
Kątem oka uchwyciłem puste spojrzenia zaszlachtowanych sardynek. Zlapałem puszę i walnąłem nią w genitalia. Swiaty zawirowały, rozdarła się zasłona fiata. Zlany potem oprzytomnialem na podłodze Kazkowego biura. Sardynki na rozporku, puszka wgnieciona w łono. Ból, przeszywający do odbytu. To był ten świat! 
00:35, konradwolek
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 60
następne
| < Styczeń 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
kup wołka



Pisz swój dziennik w Internecie
Pisz blog
Dodaj blog do ulubionych
Wersja mobilna
Zapisz się na newsletter! Liczba zapisanych: 3
zamów newsletter
Blox.pl
poprzedni blog załóż bloga następny blog